Przez wiele lat kościoły omijałem z daleka, bo nie było w nich nic co by mnie interesowało. Nawet kiedy już uznałem istnienie Boga, uważałem że skoro jest wszędzie, to na co mi kościół? On jednak miał wobec mnie swoje plany. To był środek lata i zmęczony kolejnym dniem długiego wyjazdu, stwierdziłem że muszę zrobić sobie chwilę przerwy. Zatrzymałem się w jakiejś małej miejscowości, gdzieś w Polsce. Było dobrze po dziewiętnastej. W nadziei, że znajdę ławeczkę na której będę mógł usiąść i rozprostować nogi, skierowałem się do pobliskiego parku. Zamiast ławeczki znalazłem mały drewniany kościółek. Stanąłem w jego drzwiach i w nozdrzach zatańczył mi zapach starego drewna, rozgrzany od słońca i pomieszany z wiszącą w powietrzu wilgocią nadchodzącego deszczu. Wszedłem do środka, usiadłem w ostatniej ławce i tak trwałem w dziwnej zadumie, ni to odpoczywając, ni to śniąc. Wtedy jeszcze nie zadawałem sobie z tego sprawy, ale te pół godziny uruchomiło lawinę zmian w moim życiu. Lawinę która toczy się do dzisiaj.
Zapraszam Was do mojego świata na wędrówkę po odczuciach i emocjach, bo oprócz informacji stricte technicznych, zależy mi najbardziej na utrwaleniu chwili. Nie będę się krygował – kocham drewniane kościoły. Są elementem tożsamości narodowej, świadkami historii i dowodem wrażliwości na piękno jego twórców i fundatorów. Drewno jest nietrwałe, wiele z tych kościółków już nie istnieje, bo choć przetrwały zawieruchy wojenne, zniszczyła je zwykła ludzka głupota, a być może i nienawiść. Jeszcze w połowie 2015 roku spłonął kolejny drewniany kościół, tym razem w Łodzi przy ul. Pomorskiej 445. Starałem się zebrać jak najwięcej wiadomości (faktów, informacji, podań i legend) w jednym miejscu.
